28 maja 2017

Rozdział 49: Pieśń niepokoju

         Dom Evansów nigdy jeszcze nie był tak cichy jak przez ostatnie miesiące. W domu przez większość dnia panowała grobowa cisza, którą przerywał tylko donośny kaszel ojca z sypialni na piętrze. Lily do teraz nie mogła uwierzyć, że to wszystko spadło na nich tak nagle. Od świąt widzieli, że ojciec wygląda coraz gorzej, ten jednak uparcie twierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Gdy pod koniec kwietnia Mary Evans wraz z Petunią w końcu zmusiły go by poszedł do lekarza wyrok spadł na nich jak grom z jasnego nieba. Lily najbardziej nie mogła im wybaczyć, że niczego jej nie powiedzieli, dopóki nie wróciła do domu. Matka tłumaczyła się faktem, że po tym, co przeżyła w Hogwarcie nie chcieli jej dodatkowo martwić. Petunia zaś w ogóle się do niej nie odzywała.

         Wszystkie te tygodnie Lily przeżyła jak w letargu. Kilka pełnych niepokoju listów od Dorcas zostawiła bez odpowiedzi. Co miała jej napisać? Dopiero spotkanie z Syriuszem i pomoc w urządzeniu nowego mieszkania pozwoliło jej się na chwilę z tego otrząsnąć. Ale nie na długo. Diagnoza szybko rozprzestrzeniającego się nowotworu pozbawiła ich wszystkich sił, a ojciec, który zawsze był tak pełen życia stał się cieniem samego siebie. Lily nie mogła na to patrzeć, nie mogła też nic zrobić. Wiele godzin przesiedziała wysyłając listy do Szpitala Świętego Munga i czytając specjalistyczne magiczne czasopisma, jednak czarodzieje byli bezradni tak samo jak mugole. Nie potrafili zrobić nic więcej, nie była to choroba popularna wśród magicznego społeczeństwa, które nękane było innymi przypadłościami. Pewnego wieczora podczas cichej kolacji, gdy we trójkę siedziały w kuchni Petunia wybuchła nagle.
– Jaki w ogóle jest pożytek z tej całej magii, skoro nie potraficie pomóc ojcu? Co to za magia? Uczysz się bzdur, a wszystko to jest po prostu bezużyteczne! Bezużyteczne!
– Petunio… – Mary Evans spojrzała na córkę z naganą, ta jednak nie dała się powstrzymać. Lily nie miała pojęcia jak odeprzeć jej zarzuty, zwłaszcza, że pokrywały się z jej ostatnimi przemyśleniami. Petunia jednak nie dała się powstrzymać.
– Nie ma cię miesiącami. Poświęcasz czas na nie wiadomo co, a ojciec ciągle potrafi mówić tylko o tobie. O twojej szkole i o twoich sukcesach. Lily to, Lily tamto. Nie mogę tego słuchać. Od lat przeżywa ciągłą fascynację tobą i twoim zapchlonym światem cyrkowców, przeznacza fortunę na to wszystko i co ma z tego? Nawet nie potrafisz mu pomóc!
Lily spuściła głowę, czując, że zaraz się rozpłacze. Petunia wstała od stołu. Nogi krzesła zazgrzytały przeraźliwie o kafle.
– Petunio – odezwała się Mary ostrzegawczo, ale ta zdawała się jej nie słyszeć.
– To wszystko twoja wina – dodała na odchodnym. Łzy z policzków Lily zaczęły skapywać na talerz. Mary Evans chwyciła ją za dłoń.
– Wiesz, że to nie prawda. Ona wcale tak nie myśli.
Lily podniosła na nią zapłakane oczy.
– Ale to prawda! Nie potrafię mu pomóc. Dlaczego nie potrafię mu pomóc? – Rozszlochała się. Mary wstała i objęła ją delikatnie.
– Na niektóre rzeczy nie można nic poradzić. Nikt z nas nie ma do ciebie pretensji, to nie jest twoja wina. Petunia bardzo to wszystko przeżywa, musisz jej wybaczyć. Porozmawiam z nią gdy trochę się uspokoi.
Lily tylko pokręciła głową, wtulona w ramię matki.
– To nie ma sensu. Ona nigdy mi nie wybaczy tego kim jestem. Może nigdy nie powinnam była iść do Hogwartu.


         W ciągu następnych kilku dni Petunia oznajmiła, że wyjeżdża. Jej chłopak, Vernon, planował wyjazd wraz ze swoją siostrą Marge i znajomymi nad morze. Państwo Evans zareagowali bardzo entuzjastycznie.
– To świetny pomysł, kochanie – powiedział Mark Evans, który po nowej dawce leków czuł się od kilku dni trochę lepiej. Jego twarz nabrała kolorów, a apetyt znacznie wzrósł. – Nie ma sensu, żebyś siedziała tu przez cały czas ze starym, chorym prykiem. Poza tym czuję się dobrze. Jedź.
Petunia była wyraźnie zadowolona, chyba pierwszy raz od tygodni.
– Może wzięłabyś ze sobą Lily? Ona też tak niewiele wychodzi – dodał po chwili nieświadom napięcia jak panowało między siostrami.
Lily wykręciła się od razu tłumacząc się zakupami na nowy semestr i przygotowaniami do wyjazdu. Miała jeszcze co prawda ponad dwa tygodnie, wiedziała jednak, że jej towarzystwo jest ostatnią rzeczą jakiej życzyłaby sobie Petunia. Poza tym naprawdę musiała odwiedzić Pokątną i przygotować się na wyjazd do Hogwartu. To był jej ostatni rok. Wraz z listą książek w kopercie znalazła nowiutką odznakę Prefekta Naczelnego. Jeszcze tego samego wieczora dokończyła obszerny list do Dorcas. Następny był krótki list do Syriusza. Skoro miała odwiedzić Londyn nie mogła się z nim nie spotkać, zwłaszcza że nie mieszkał daleko od Pokątnej.


* * *


         Severus z wyczekiwaniem wpatrywał się w swojego rozmówcę, czując, że serce wali mu mocno w piersi.
– Tak, słyszałem o tym. Dumbledore do spółki z Knotem przekonali Ministerstwo, że warto dać mu drugą szansę. – Czarny Pan zwinął list w rulonik i przeniósł wzrok na Snape'a. – Pewnie chcesz wiedzieć, czy wrócisz do zamku. – Oddał mu pergamin, gdy chłopak kiwnął głową. – A jakie ty masz o tym zdanie?
– Sądzę, że warto wrócić.
– Dlaczego?
– Bez ukończonej szkoły byłbym bezużyteczny jeśli chodzi o dalszą karierę. Ze swoimi predyspozycjami mógłbym dostać się do wielu ciekawych miejsc po skończeniu Hogwartu. Byłbym przydatny.
Voldemort zamyślił się. Severus patrzył na niego, czując, że pocą mu się dłonie. Sama jego twarz napawała niepokojem. Upiornie blada i zniekształcona. Snape widział jego nieliczne zdjęcia z młodości i tym mocniej uderzał go kontrast pomiędzy tymi dwoma obliczami. Nagłe pukanie do drzwi zakłóciło ciszę.
– Wejść.
W drzwiach stanął Lucjusz Malfoy. Z zaskoczeniem spojrzał na Severusa.
– O co chodzi, Lucjuszu?
– Chodzi o ministerstwo. Nasz kontakt przesłał wiadomość, panie – powiedział powściągliwie, spoglądając raz po raz to na jednego, to na drugiego.
– Już kończymy. Usiądź. – Przeniósł wzrok na Severusa. – Wiedza to potężna rzecz. To, że wierzymy w czystość krwi nie znaczy, że wierzymy też w niedoedukowanie. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek z moich ludzi przedwcześnie opuścił Hogwart. Zwłaszcza ty, Severusie. Masz rację, z twoimi niezwykle przydatnymi predyspozycjami dalsza droga stoi przed tobą otworem. Możesz odejść. Przekaż tę wiadomość pozostałym.
Severus ukłonił się i wyszedł, czując na sobie wzrok Lucjusza. Schodząc po schodach poczuł ogromną ulgę. Nie mógł też powstrzymać dumy kiełkującej gdzieś głęboko.


         Lucjusz czekał, aż drzwi zamkną się za Severusem.
– Severus będzie kiedyś bardzo ważny dla nas. Przeczucia rzadko mnie mylą – powiedział cicho Voldemort, nasłuchując oddalających się kroków.
– Nie wydaje się być jeszcze w pełni gotów. Wszyscy wiedzą o jego sympatii do szlam.
Voldemort syknął cicho, co równie dobrze mogło być prychnięciem niezadowolenia.
– Jedna dziewczyna. Pożądanie, to słabość, którą łatwo wyeliminować.
– Ta dziewczyna, Lily Evans, to ta, na którą natknęliśmy się na błoniach.
– Lily Evans – mruknął Voldemort jakby smakując to słowo. – Ale nie była sama. Razem z nią był… Młody Potter? – Lucjusz potwierdził skinięciem głowy.
– Zdrajca krwi. Niewiele lepszy od niej.
– Cierpliwości. Wszystko w swoim czasie, Lucjuszu. Pokaż mi tę wiadomość.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni zwitek pergaminu. Voldemort przejrzał go uważnie.
– Nowe kontakty – mruknął po chwili. – Myślę, że niedługo uda nam się wprowadzić tam ciebie. Bądź gotów. Nasza siatka kontaktów wciąż jest zbyt słaba.
– Czy będziemy próbowali znów dostać się do Hogwartu?
– Nie. Tym razem nie uda nam się go pozbyć. Dumbledore jest bystry. Sprowadzenie go na fałszywy trop było bardzo ryzykowne.
– Nie uda się drugi raz?
– Nie może ode mnie nic więcej dostać. – Powiedział jakby do siebie. Nagle wstał i odwrócił się do Lucjusza plecami, wyglądając przez okno. – Skończyliśmy. Odejdź teraz.
Malfoy posłusznie opuścił pokój.
         Czarny Pan nadal stał przy oknie. W jego sercu od dłuższego czasu kiełkował strach. Dumbledore węszył. Szukał, niczym głodny kundel przekopujący się przez sterty śmieci w nadziei, że natknie się na resztki. Wyprawa do zamku była głupotą, nie mógł wierzyć, że naprawdę będzie w stanie odnaleźć księgi, które kiedyś tam były. Bibliotekarka nawet nie zdawała sobie sprawy, że niektóre z ksiąg głęboko zakopanych wśród woluminów Działu Ksiąg Zakazanych były jedynymi egzemplarzami na świecie. Pół świata przejechał, poszukując odpowiedzi na zawarte w nich pytania. Im zawdzięczał swoją moc. Po tylu latach studiów chciał do nich wrócić. Wyciągnąć nowe wnioski.
Pluł sobie w brodę, że nie zabrał ich, gdy był jeszcze w szkole. Teraz nic nie mógł zrobić. A przede wszystkim nie mógł zwrócić uwagi Albusa. Nikt nie mógł się dowiedzieć. Zwłaszcza on.


* * *


         Ulica Pokątna pełna była studentów Hogwartu, którzy w jeden z ostatnich weekendów letnich wakacji robili gorączkowe szkolne zakupy. Ulga ponownie otwartej szkoły spłynęła na wszystkich, wprowadzając stabilizujące uczucie spokoju. James i Syriusz spotkali się w Dziurawym Kotle, pierwszy raz od dnia kiedy otrzymali listy z Hogwartu. Usiedli przy stoliku schowanym w rogu. Syriusz sączył kawę, spoglądając wyczekująco raz po raz na niedaleki kominek.
– Remus i Peter powinni już być – mruknął w końcu niezadowolony. James tylko mruknął coś znad Proroka Codziennego, którego regularnie czytał przez całe wakacje. Chciał wiedzieć wszystko i miał nadzieję, że regularne czytanie artykułów od deski do deski naprowadzi go na niezauważone przez innych tropy i powiązania.
– Nareszcie! – Z kominka buchnął zielony ogień i wśród sadzy pojawił się Peter. Twarz miał całkiem brudną, a włosy, zazwyczaj jasne, teraz przez popiół pociemniały o jakieś dwa tony. Syriusz uniósł rękę, żeby zwrócić jego uwagę. Ten pomachał mu żarliwie, zamówił przy barze szklankę lemoniady i usiadł obok nich.
– Czekamy na Remusa? – zapytał, pociągając długi łyk ze szklanki. Kilka kropli spłynęło ze szkła i wsiąknęło w drewniany blat.
– Powinien być kwadrans temu.
Peter zerknął ciekawie na Jamesa, który chyba nawet nie zauważył jego przybycia. Spojrzał pytająco na Syriusza, ale ten tylko wzruszał ramionami, ze wzrokiem mówiącym „Nie pytaj”.
– Jak tam nowe mieszkanie? Nie miałem za bardzo okazji, żeby cię odwiedzić. Matka ledwo się zgodziła, żebym wrócił do szkoły.
– Jest dobrze. Ostatnimi czasy głównie doprowadzałem je do porządku. Trzeba było odmalować, naprawić kilka rzeczy. Trochę rozklekotane tam wszystko, ale nie ma jak u siebie.
– Zazdroszczę. Sam chętnie bym się wyprowadził, ale chyba nie mógłbym mojej matki zostawić samej – powiedział, pociągając smętnie kolejny łyk lemoniady. – Zamartwiłaby się. Zwłaszcza w tych czasach.
W tej samej chwili w kominku znów rozbłysnął zielony ogień i w Dziurawym Kotle pojawił się Remus Lupin. Syriusz aż zaklął pod nosem. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Był bledszy i chudszy niż zwykle, o ile to w ogóle możliwe. Oczy miał podkrążone. Syriusz przeliczył szybko w myślach dni. Od pełni dzieliły ich jeszcze dwa tygodnie, więc to na pewno nie to. Lupin podszedł do nich ociężale.
– Przepraszam za spóźnienie. – Wypowiedział te słowa takim głosem, że nawet James podniósł głowę znad gazety.
– Wyglądasz strasznie – ocenił bezceremonialnie Peter i nagle pisnął cicho, bo Syriusz kopnął go pod stołem w goleń.
– Siadaj. Czego się napijesz? – Syriusz już się podnosił, gdy Lupin zatrzymał go ostrym spojrzeniem.
– Nie musicie traktować mnie jak chorego. Jest w porządku. Rozstałem się z Martą. To było trudne.
Syriusz opadł na krzesło. James zamknął gazetę. Peter siorbiąc pociągnął łyk ze szklanki. Cisza.
– Dlaczego?
– Nie wraca do Hogwartu. Jej ojciec zarządził, że wyjadą i opuszczą Anglię. Doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu tego dalej utrzymywać.
Jego twarz jasno dawała do zrozumienia, że wcale tak nie uważał. Tak zwięzłe oświadczenie zabrzmiało obco w jego ustach. Wydawał się taki niepodobny do siebie.
– O kurde, przykro mi. – James i Syriusz spojrzeli po sobie, nie bardzo wiedząc co więcej powiedzieć.
– Chcesz napić się czegoś mocniejszego?
Remus pokręcił głową.
– Po prostu chodźmy już na te cholerne zakupy.
Syriusz odsunął pustą filiżankę, a Peter szybko dokończył lemoniadę. Ruszyli za Remusem w stronę Pokątnej. James zwinął gazetę i schował do kieszeni. Jego dłoń napotkała okrągły metalowy przedmiot. Wyjął go z kieszeni i spojrzał z niezadowoleniem.
– James, idziesz? – Syriusz obejrzał się na niego.
– Idę! – Ze zdecydowaniem schował przedmiot do kieszeni, kręcąc głową. Dzisiaj nie musiał tym nikomu zaprzątać głowy. Wyszedł z Dziurawego Kotła, spoglądając na Remusa, Syriusza i Petera idących przed nim. Zaskakiwała go przemiana jaka w nich zaszła. Zgarbiony i zmartwiony Lupin. Poważny i samodzielny Syriusz. Nawet Peter, który nigdy nie słynął z powagi nabrał rezolutności. Wkładając dłonie głębiej w kieszenie spodni zastanawiał się, czy i jego dotknęła przemiana.


* * *


         Lily siedziała w ostatnim przedziale swojego wagonu, przeglądając notatki sporządzone tego ranka. Ekspres do Hogwartu miał ruszyć lada moment. Za oknem tłoczyli się uczniowie i ich pełni niepokoju rodzice. Lily podejrzewała, że wielu nie było pewnych co do decyzji o powrocie do szkoły. Nie po tym co wydarzyło się przed wakacjami. Śmierć Jasona zawisła niczym cień nad całą szkolną społecznością i Lily była pewna, że tak szybko ich nie opuści. Ona jednak przez większość wakacji nie miała czasu o tym myśleć, a nowa odznaka prefekta naczelnego, która przyszła wraz z listem wprawiła ją w konsternację, uprzytamniając, że powrót do Hogwartu jest czymś jak najbardziej realnym. W przedziale pojawiła się Eliza, prefekt naczelna Revenclawu. Zamieniły kilka słów na temat zbliżającego się spotkania, po czym Lily znowu została sama. Po chwili drzwi przedziału otworzyły się ponownie, a znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła głowę zaskoczona.
– James? Co ty tu robisz? – Chłopak stanął niepewnie w drzwiach przedziału. Był wyższy niż te kilka miesięcy temu, gdy widziała go po raz ostatni. Ale nieład na jego głowie nie uległ najmniejszej zmianie.
– Też się cieszę, że cię widzę, Lily – odparł wesoło, a Lily zaśmiała się zmieszana i uściskała go. – Sto lat cię nie widziałem! Całe wakacje.
Położył dłoń na jej ramieniu, widząc jak mina jej rzednie.
– Słyszałem o twoim tacie. Musi być ci ciężko.
– Ostatnio czuje się lepiej. Nowe leki mu służą. Nawet zaczął wychodzić na spacery. Nie jest łatwo, ale jesteśmy pełni nadziei – powiedziała, siląc się na spokój. Czuła, że łzy mimowolnie napływają jej do oczu. Odwróciła wzrok zmieszana. James objął ją ponownie. Wtuliła się w jego ramię, czując, że łzy płyną jej po policzkach. Poczekał aż się uspokoi. W końcu odsunęła się od niego zmieszana. Niespodziewany uścisk w żołądku uświadomił ją, że nadszedł moment, którego, w głębi ducha, obawiała się przez całe wakacje. Nie widziała go od tak dawna. Mimowolnie przypomniała jej się noc ataku. Tamten pocałunek. Czuła, że się rumieni.
– Przepraszam. Nie wiem, co mnie napadło.
– Nie przepraszaj. Przykro mi, że nie było mnie przy tobie wcześniej.
– Prawie z nikim się nie widywałam. Chyba raz widziałam się z Syriuszem. I z Suzan robiłyśmy zakupy na Pokątnej. Kompletnie… Nie byłam w stanie. – Otarła policzki. – Dlaczego tu przyszedłeś? Coś się stało?
– Cóż, wszystko wskazuje, że tutaj powinienem się zgłosić. – Wyciągnął z kieszeni pomięty list i błyszczącą odznakę.
– Prefekt naczelny? To jakiś żart? – Lily spojrzała na niego zaskoczona. James pokręcił głową.
– Jestem w takim samym szoku jak ty. – Podał jej list, który dostał od dyrektora razem z odznaką.
– Nie obraź się, ale zawsze sądziłam, że to Remus będzie… – powiedziała, czytając list. James zaśmiał się.
– Ja nawet nie wiedziałem, że mogę zostać prefektem naczelnym bez bycia wcześniej prefektem.
– Dumbledore musi cię bardzo szanować – powiedziała Lily, oddając mu list. – Musi wiązać z tobą duże nadzieje.
James zaśmiał się.
– Myślę, że ten list to zawoalowane gratulacje za nabranie rozsądku. Ostatni rok wszystko zmienił. – Schował list z powrotem do kieszeni i przypiął do klapy szaty odznakę prefekta. – Będziemy mieć spotkanie?
– Mniej więcej w połowie podróży, jak zawsze.
– No to masz połowę podróży, żeby wprowadzić mnie w tajniki bycia prefektem. Jak widać zostałem wrzucony na głęboką wodę. – Postukał palcem w odznakę. W tym samym momencie pociąg ruszył z przeciągłym gwizdem.


* * *


         Fryderyk zapomniał już jak wielkie wrażenie robi Wielka Sala, zwłaszcza podczas uczty inaugurującej nowy rok szkolny. Z zapartym tchem spoglądał na ogrom gwiazd odzwierciedlony na sklepieniu. Blask świec zawieszonych nad stołami nadawał całej komnacie ciepły, domowy wręcz urok. Uczniowie powoli wlewali się strumieniem przez drzwi wejściowe, siadając przy stołach swoich domów. Obserwował liczne powitania i uściski, z rozrzewnieniem wspominając swoje młodzieńcze lata, gdy sam był na ich miejscu.
– Dziwnie się na to patrzy po tej stronie stołu, prawda? – Siedząca obok Minerwa nachyliła się do niego. – Pamiętam swój pierwszy rok pracy. To było niesamowite przeżycie.
– Minęło wiele lat odkąd byłem tu ostatni raz. Nie sądziłem, że jeszcze zobaczę Hogwart. A na pewno nie z tej perspektywy – powiedział zamyślony, zerkając z ukosa na dyrektora siedzącego kilka krzeseł dalej. Minerwa uścisnęła jego dłoń delikatnie, ale szybko ją odsunęła, jakby zaskoczona tym gestem.
– Cieszę się, że przyjąłeś tę posadę.
Fryderyk zaśmiał się gorzko.
– Albusowi się nie odmawia. Ale też się cieszę.
W końcu wszyscy uczniowie zajęli swoje miejsca. Boczne drzwi sali otworzyły się, wprowadzono pierwszorocznych, a gwar wypełniający salę ucichł. Wyświechtana tiara leżała już przygotowana na stołku. Rząd pierwszaków ustawił się przed nią rzędem. Po chwili, tak jak to Fryderyk zapamiętał, rozcięcie nad rondem kapelusza otworzyło się i tiara zaczęła śpiewać. Minęło kilka chwil, by zdał sobie sprawę, że pieśń była kompletnie inna, od tych które słyszał w swojej młodości. Pamiętał wesołe pieśni o braterstwie i nauce. Dzisiejsza pieśń była odmienna. Dostrzegłszy poruszenie na sali wiedział, że jego spostrzeżenia są słuszne. Mroczna pieśń tiary przydziału mówiła o śmierci i mroku, zagrażającym czarodziejom. Braterstwie, ale jako rzeczy koniecznej, broni zapewniającej przetrwanie.

Braterstwo nie z krwi, a z wiary.
Bo krew niewiele znaczy,
gdy serca łączą ideały.

         Gdy skończyła na sali zapadła martwa cisza. Dopiero po chwili, początkowo niemrawe, potem silniejsze oklaski przeszły przez salę. Chwilę potem rozpoczęto ceremonię. Po jej skończeniu, gdy wszyscy nowo przydzieleni rozeszli się już do swoich stołów Dumbledore wstał z miejsca.
– Witam wszystkich w nowym roku szkolnym – powiedział, uśmiechając się. Światło świec odbijało się w jego okularach. – To była długa droga, ale cieszę się, że udało się nam wszystkim tutaj dzisiaj spotkać. Zanim oddacie się przyjemnym rozkoszom podniebienia chciałbym powiedzieć kilka ważnych słów. Na początku chciałbym powitać naszego nowego nauczyciela obrony przed czarną magią, Fryderyka Reddgensa. – Fryderyk wstał pospiesznie, czując że nogi ma jak z waty. Po sali przeszły umiarkowane oklaski. Gdy te ucichły, a on znów siedział na krześle twarz Dumbledore'a przybrała poważny wyraz.
– Stanęliśmy przed trudnym wyborem – powiedział, a jego głos poniósł się po sali niezwykle donośnie i wyraźnie. – Są ludzie, którzy chcą poróżnić magiczne społeczeństwo i zakłócić równowagę, którą od tak dawna budowaliśmy. Strach sięga naszych serc, próbując zniszczyć, to, co tutaj codziennie razem tworzymy. Możemy mu się poddać. Ale możemy też z nim walczyć. W ostatnim roku stanęliśmy z nimi oko w oko, u bram zamku, tracąc niezwykle utalentowanego młodego człowieka. Niech jego waleczna postawa natchnie was. Pamiętajcie: nie traćcie nadziei. Za nami wiele bolesnych rozstań, ale nie jesteście sami. Rozejrzyjcie się wokół siebie. To wasi sojusznicy, wasi przyjaciele. Parafrazując tiarę przydziału, bracia nie z krwi, a z ideałów. Walka nie ustaje po porażce, a trwa dopóki są ludzie, którzy wierzą w swoje ideały. Nawet gdy sprawy wydają się całkiem stracone, pojawia się promyk nadziei. Ministerstwo pomoże nam w tym trudnym czasie, udostępniając doświadczonych aurorów, którzy będą ochraniali zamek. Z tej racji uczniowie, poza wyjątkowymi przypadkami, nie będą mogli przebywać na korytarzach po godzinie dziewiątej wieczorem. – Po sali przeszedł szmer niezadowolenia. Dyrektor uciszył go, unosząc dłoń. – Dodatkowe szkolenia obronne będą kontynuowane wzorem poprzedniego roku. Pozostałe informacje zostaną wam przekazane przez prefektów waszych domów. – Uśmiechnął się. – Na osłodę dodam, że nasi kucharze naprawdę się dziś postarali, aby wszystko było wspaniałe.
W tym momencie na stołach pojawiło się jedzenie. Fryderyk poczuł, że ślina napływa mu do ust na widok pieczonych mięsiw, zasmażanych ziemniaków i ciast, których zapach nagle dotarł do jego nosa.
– Smacznego!